Wyprzedaż zimowa to w konsumpcjonizmie najgorsze, co może być. Gorszy jest chyba tylko amerykański Black Friday, gdzie ludzie ustawiają namioty, a czasem całe obozowiska przed centrami handlowymi i przez wiele godzin czekają na otwarcie. Gdzie tratują się po wybiciu „godziny zero”.

Ale wracając do Polski.

Dni pomiędzy świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem to zdecydowanie gorący okres dla centrów handlowych. Ludzi ogarnia prawdziwe szaleństwo zakupowe. 

Shopping is cheaper than a psychiatrist?

Pierwszy dzień wyprzedaży.

Ludzie stoją przed zamkniętymi kratami od 7 – 8 rano. Przeważnie jest spokojnie, ale zdarzały się sytuacje skrajnej histerii, szamotania się z innymi, walenia pięściami w kraty, płaczu i lamentu:

– Wpuśćcie mnie, ja CHCĘ TYLKO ZOBACZYĆ CO SIĘ PRZECENIŁO, NIE BĘDĘ NA RAZIE KUPOWAĆ!

– Proszę się uspokoić. Otwieramy za 40 minut, teraz Pani nie wpuścimy.

– Proszę, BŁAGAM! JA CHCĘ TYLKO ZOBACZYĆ!

Myślę, że na tym etapie jednak warto zainwestować w sesję terapeutyczną.

Uwaga! Gotowi? Start!

Wybija godzina otwarcia sklepu. Kraty podnoszą się mniej więcej na wysokość 50 cm. Ludzie zaczynają wbiegać. W ciągu piętnastu minut ogromna powierzchnia jest całkowicie zapełniona.

Jest głośno (muzyka + odgłosy tłumu), duszno, ciasno i ogólnie nieprzyjemnie.

Po trzydziestu minutach sklep wygląda jak po przejściu tornada.

Ubrania i puste wieszaki leżą wszędzie – na podłodze, stole, pod stołem, na butach, pod butami, na niskich meblach,  na wysokich meblach.

Spadło? A niech leży! Nie chce mi się tego podnosić, ktoś to ogarnie. Kopnę pod stół, żeby nie było widać.

Przecież nie będę tego odwieszać na wieszak, BO PO CO?

Na stole, pod stertą spodni, które pierwotnie powinny tam leżeć, można znaleźć: płaszcz, buty, wieszaki, kolczyki, koszulę z drugiego końca sklepu i sukieneczkę z działu dziecięcego.

W kieszeniach płaszczy – zużyte chusteczki higieniczne i czasem wklejone gumy do żucia.

W kątach sklepu – puste opakowania po zdrowych koktajlach, zielonych smoothie, czy latte w pięknych kubeczkach z bałwankiem.

Kolejki

Kolejka do przymierzalni damskiej znajdującej się na końcu sklepu ciągnie się długim wężykiem aż do wejścia. Z nią łączy się w pewnym momencie kolejka do kasy, a z nią –  kolejka z działu męskiego. Kolejka z działu dziecięcego ma dwie odnogi. Jedna łączy się z tą do przymierzalni damskiej, a druga z tą do kasy. Przemieszczanie się jest w pełni utrudnione pomimo dobrych chęci wszystkich zgromadzonych.

Średnio czas spędzony w drodze do przymierzalni wynosi 45 minut. Do kasy, nawet drugie 45 minut.

W kolejkach stoją wszyscy. Zaczynając od kobiet w zaawansowanej ciąży, przez matki z malutkimi, maksymalnie dwutygodniowymi dziećmi w wózkach, po panie w podeszłym wieku podpierające się na kulach.

W całym tym zamieszaniu biegają małe, wystraszone, zapłakane dzieci, które w ułamku sekundy rodzic stracił z oczu.

Przymierzalnia

Przymierzanie ubrań jest podobno najprzyjemniejszą czynnością w całym procesie kupowania. To ten moment w którym (zakładając optymistyczną wersję, że ubranie pasuje i wygląda się co najmniej ładnie) rośnie samoocena, bo ubranie nie jest tylko kawałkiem materiału, ale przede wszystkim wyrazem statusu, pokładaniem z nim pewnych planów, zmaterializowaniem nadziei, marzeń albo definicją zewnętrznej przemiany.

Wszystko super. Nowe, piękne (i na dodatek przecenione!) ubrania są przecież po to, aby ludzie poczuli się dobrze i swobodnie.

Czasem czują się zbyt swobodnie, właśnie w przymierzalni.

Pomijam fakt odbicia podkładu na białej bluzce – to się zdarza czasem nie tyle z nieuwagi ile ze źle wykrojonego i mało elastycznego dekoltu nieszczęsnej bluzki.

Mówię o rozrzucaniu przymierzanych ubrań po podłodze i perfidnym ich deptaniu w brudnych butach. Kopaniu i przerzucaniu powywracanych na lewą stronę i splątanych tak, że przekracza to granicę ludzkiej wyobraźni i kreatywności, z kupki z wieszakami na kupkę bez wieszaków. To widać z zewnątrz, bo w żadnym sklepie kotarka czy drzwi nie sięgają podłogi.

Mówię o wchodzeniu z jedzeniem i napojami w jednej ręce i ubraniami w drugiej.

Mówię o zostawianiu takiego syfu w kabinie, bo

To było TAKIE CIĘŻKIE, że w drugą stronę już się nie zabrałam.

Mówię o zostawianiu pustych kubków, zasmarkanych chusteczek i zafajdanych dziecięcych pieluch w kabinach przez piękne, modnie ubrane, uprzejme, na pozór kulturalne i inteligentne kobiety.

No właśnie, bo…

Pozory mylą

Te piękne, modnie ubrane, uprzejme, na pozór kulturalne i inteligentne kobiety po tym jak już podepczą sobie i/lub innym ubrania w przymierzalni awanturują się przy kasie:

DLACZEGO TO JEST BRUDNE? To powinno być bardziej przecenione, bo przecież nikt nie chce kupić brudnych i zniszczonych ubrań!

No właśnie. Nikt tego nie chce.

Z jednej strony podziwiam miłośników wyprzedaży, którzy namiętnie i z powodzeniem polują na okazję. Z drugiej współczuję, bo nie ma możliwości, żeby w takim tłumie i wszechogarniającym chaosie ktoś się dobrze czuł. Ale jak to się mówi… coś za coś.

Reklamy