Zaobserwowałam ostatnio u ludzi dwie skrajne postawy. Pierwsza z nich to mentalne biczowanie się objawiające się ciągłym zadręczaniem z powodu rozdrapywania starych ran. 

Na czym te rany polegają? Mogłam to zrobić lepiej, albo w inny sposób. Mogłam to odrobinę dłużej przemyśleć.

Z drugiej strony są pragnienia i potrzeby tlące się w każdym człowieku, których niespełnienie daje uczucie przepuszczenia swojego mózgu przez sokowirówkę.

Ludzie z tendencją do mentalnego biczowania się pozwalając sobie na chwilę szczęścia mogą później przez większość czasu pławić się w emocjonalnej rozpaczy. Poniekąd jest im w tej rozpaczy dobrze, czują się w niej bezpieczni, ponieważ mogą zrzucić odpowiedzialność na nieistniejące COŚ.

Co z tego, że ktoś czegoś CHCE, skoro to jest tylko zachcianka, nie mająca większego znaczenia dla ogólnego postrzegania dobrych uczynków.

Czy warto jednak robić to czego się pragnie?

Pojawia się wewnętrzny konflikt moralny i wynikający z tego okropny, mentalny kac, który najprawdopodobniej jest milion razy gorszy niż ten zwykły. Pojawia się też czasem argument „wyższego dobra”, z którym zazwyczaj nie ma sensu polemizować. Bo jeśli nazwiemy coś „wyższym dobrem”, to cała reszta wypada zazwyczaj blado. Tak, chodzi tu o ustalenie priorytetów, a w szczególności o wybór pomiędzy „ja” a „inni”.

Inną postawą, skrajnie różną od wcześniej wymienionej jest niedopuszczanie do siebie jakichkolwiek emocji, a z kolei takie zachowanie występuje w przyrodzie znacznie częściej.

Kolekcjoner emocji

Rozmawiałam kiedyś z człowiekiem, który nazwał siebie „kolekcjonerem emocji”. Co ciekawe doskonale sobie tę rolę wymyślił. Spytany co rozumie przez to określenie odpowiedział mi, że doprowadził się do takiego momentu w życiu, w którym nie odczuwał żadnych emocji. Było mu z tym źle.

Jak wiadomo, dostrzeżenie problemu jest pierwszym krokiem do rozwiązania go, dlatego uznał, że musi dostarczyć sobie jakichkolwiek przeżyć, żeby całkowicie nie pogrążyć się w nicości. Każdą emocję chciał dostrzec, obejrzeć, przeanalizować i nazwać, ale przede wszystkim przeżyć. Moim zdaniem jest to wyraz odwagi i ogromnego uporu w zmianie postrzegania swojego życia.

Pięknie to brzmi, ale czy to przypadkiem nie jest depresja? Lub jakiś stan podobny do niej?

Niedopuszczanie do siebie emocji może być rezultatem strachu przed popełnieniem błędu lub strachem przed zaangażowaniem w cokolwiek co może kiedyś przeminąć.

Ale halo!

Wszystko kiedyś przemija, tak już jest i im szybciej się to zaakceptuje, tym lepiej. Po co się angażować i dopuszczać do siebie emocje, które będą trwały tylko chwilę (mam akurat na myśli te dobre)? Co gorsza istnieje obiegowa opinia, że złe emocje trwają zdecydowanie dłużej, więc po co w ogóle dopuszczać możliwość testowania tego stanu na własnej skórze, jeśli można do tego w ogóle nie dopuścić?

Tylko, że bez złych emocji nie dostrzeżemy dobrych i odwrotnie. Bez szeregu doświadczeń nie będzie porównania, a co za tym idzie rozróżnienia które są które.

Ciekawe jest to, jak bardzo człowiek może sam zapędzić się w kozi róg, często nie zdając sobie z tego sprawy. Blokując złe emocje, blokuje też te dobre, które stanowią swoisty punkt odniesienia pozwalający mniej lub bardziej obiektywnie ocenić które z nich wrzucić do pudełka z napisem „dobre”, które do tego z napisem „złe”, a które po prostu zamknąć w pudełku wstydu.

Jak, żyjąc w emocjonalnej stagnacji, można dojść do wniosku czy popełnia się błąd, jeśli nie dopuszcza się do sytuacji, w której można ten błąd popełnić?

Należy próbować. Ciągle próbować.

Szukać i odkrywać.

Strach czy depresja?

Mam czasem wrażenie, że jedyne, co ludzie odczuwają to permanentny strach przed emocjami. Lepiej zrobić dwa kroki do tyłu i uniknąć jakiejś sytuacji, niż jeden do przodu i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Ludzie są zaprogramowani na emocje. Brak ich przeżywania jest równoznaczny z tonięciem w nicości. Dziwne jest dla mnie to, że dobrowolnie się na to godzimy.

Chyba, że nie jest to dobrowolne. Depresja ma podobne skutki, w końcu doprowadza człowieka do całkowitego odrętwienia na wszystkich i na wszystko.

Depresja jest chorobą, wbrew pozorom bardzo często spotykaną. Depresję powinien leczyć specjalista.

Nie przechylanie się na żadną szalę, czy to radości czy smutku, nie oznacza równowagi. To jest tylko stagnacja. Równowagą jest dostarczanie zarówno pozytywnych jak i negatywnych przeżyć.

Advertisements